Jak poradzić sobie z syndromem oszusta, który sabotuje każdy Twój sukces?

Dostajesz awans, na który pracowałeś trzy lata. Przez pierwsze pięć minut czujesz radość. A potem przychodzi ta myśl: „Zaraz się zorientują, że nie umiem tego, czego ode mnie oczekują”.

Albo kończysz projekt, klient bardzo dziękuje, zespół gratuluje, a Ty w głowie odtwarzasz listę wszystkich rzeczy, które mogłeś zrobić lepiej. I jesteś pewien, że to wcale nie było takie dobre. Że po prostu miałeś szczęście.

Albo najprostsza wersja. Ktoś mówi Ci komplement, a Ty automatycznie odpowiadasz „a, to nic takiego”. I naprawdę tak myślisz.

Jeśli choć jedno z tych zdań brzmi znajomo, chcę Ci powiedzieć jedno na samym początku: nie jesteś w tym sam. I nie, to nie oznacza, że coś jest z Tobą nie tak.

Czym właściwie jest syndrom oszusta

Nazwę wprowadziły w 1978 roku dwie amerykańskie psycholożki, Pauline Clance i Suzanne Imes. Badały grupę ponad stu pięćdziesięciu kobiet, które osiągnęły wysokie stanowiska w swojej karierze. Były to naukowczynie, lekarki, menedżerki. Zauważyły coś, co je mocno zaskoczyło. Te kobiety miały dyplomy, publikacje, awanse, obiektywne dowody kompetencji, a mimo to były głęboko przekonane, że nie zasłużyły na to, co osiągnęły. Mówiły, że to przypadek, szczęście, urok osobisty albo błąd systemu.

Badaczki nazwały to zjawisko syndromem oszusta, bo dokładnie tak się czuje osoba, która go doświadcza. Jak ktoś, kto podszywa się pod kogoś bardziej kompetentnego i lada moment zostanie zdemaskowany.

Dziś wiemy, że dotyczy to nie tylko kobiet i nie tylko z wybitnymi osiągnięciami. Najczęściej cytuje się liczbę siedemdziesięciu procent, choć badania podają bardzo różne wyniki. Nieważne, którą liczbę weźmiesz. Wniosek jest ten sam: to jest powszechne. Siedzi w gabinetach dyrektorów, w salach operacyjnych, na scenach i w biurach.

I jeszcze jedno rozróżnienie, które ma znaczenie. Syndrom oszusta nie jest jednostką chorobową ani diagnozą. To wzorzec myślenia i przeżywania, którego się kiedyś nauczyłeś. A skoro się go nauczyłeś, to można się go oduczyć.

Dlaczego im większy sukces, tym gorzej

Tu jest największy paradoks tego zjawiska i powód, dla którego tak trudno wyjść z niego samemu.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że kolejne osiągnięcia powinny stopniowo uspokajać wątpliwości. Zrobiłeś coś dobrze raz, drugi, piąty, więc chyba jednak umiesz. A dzieje się odwrotnie. Każdy sukces podnosi stawkę. Bo teraz jest więcej do stracenia, więcej oczu patrzy, a odległość między tym, kim jesteś w oczach innych, a tym, kim czujesz się w środku, robi się coraz większa.

Sukces nie leczy syndromu oszusta. Sukces go karmi.

Dlatego spotykam ludzi, którzy prowadzą firmy, wykładają na uczelniach, wychowali świetne dzieci, i wciąż czekają na moment, w którym ktoś położy im rękę na ramieniu i powie: „Wiemy. Możesz już przestać udawać”.

Błędne koło, w którym utknąłeś

Warto zobaczyć, jak ten mechanizm działa krok po kroku. Bo dopóki jest niewidzialny, wydaje się prawdą o Tobie. Kiedy zobaczysz go z zewnątrz, staje się schematem. A schematy da się przerwać.

Zaczyna się od zadania. Nowy projekt, wystąpienie, trudna rozmowa, decyzja. I natychmiast pojawia się lęk: „A jeśli tym razem się wyda?”.

Na ten lęk reagujesz zwykle na jeden z dwóch sposobów. Albo przygotowujesz się nadmiernie, pracujesz po nocach, sprawdzasz po raz siedemnasty, dopieszczasz szczegóły, których nikt nie zauważy. Albo odwrotnie, odkładasz wszystko do ostatniej chwili, bo dopóki nie zaczniesz, nie możesz zawieść.

Zadanie kończy się sukcesem. Zwykle właśnie tak się kończy.

I tu dzieje się rzecz najważniejsza. Uważasz, że ten sukces to nie Twoja zasługa. Jeśli harowałeś po nocach, mówisz: „No tak, ale tylko dlatego, że tyle nad tym siedziałem. Gdybym pracował normalnie, byłaby wpadka”. Jeśli zrobiłeś to w ostatniej chwili, mówisz: „Miałem szczęście. Następnym razem się nie uda”.

Cokolwiek zrobiłeś, wynik został przypisany czemuś innemu niż Twoje kompetencje. Wysiłkowi, przypadkowi, uprzejmości innych ludzi. A skoro nie Tobie, to poczucie bycia oszustem nie tylko nie słabnie, ale się umacnia. I koło zaczyna się od nowa, tylko z większym lękiem.

To dlatego zewnętrzne dowody nie pomagają. Możesz dostać dziesięć nagród, a umysł działający w tym schemacie każdą z nich przerobi na wyjątek od reguły.

Pięć twarzy oszusta. Którą znasz u siebie?

Dr Valerie Young, która od lat zajmuje się tym zjawiskiem, opisała pięć typowych sposobów, w jakie ludzie sabotują własne sukcesy. Warto się im przyjrzeć, bo każdy typ potrzebuje trochę innego lekarstwa.

Perfekcjonista stawia sobie poprzeczkę tak wysoko, że nie da się jej przeskoczyć. Ma problem z delegowaniem, bo nikt nie zrobi tego wystarczająco dobrze. Raport wysłany trzy minuty po czasie traktuje jak dowód niekompetencji.

Superczłowiek chce błyszczeć wszędzie naraz: w pracy, w domu, w przyjaźniach, w relacji. Nie umie odmawiać, pracuje bez przerwy, a każdą godzinę odpoczynku przeżywa jako lenistwo.

Naturalny geniusz wierzy, że kompetencja to coś, co się ma albo czego się nie ma. Jeśli zadanie wymaga wysiłku albo nie wychodzi za pierwszym razem, wyciąga wniosek, że nie ma talentu. Uczenie się przeżywa jako wstyd, a nie jako proces.

Solista uważa, że tylko samodzielnie wypracowany sukces się liczy. Poproszenie o pomoc jest równoznaczne z przyznaniem się do braków, więc woli utknąć na trzy tygodnie, niż zapytać.

Ekspert nigdy nie czuje się wystarczająco przygotowany. Przed założeniem firmy, poproszeniem o podwyżkę czy zgłoszeniem się na wystąpienie musi skończyć jeszcze jeden kurs. Zawsze jeszcze jeden. W efekcie tkwi latami w gotowości do startu.

Większość z nas rozpoznaje siebie w dwóch albo trzech z tych postaci. To normalne. Chodzi tylko o to, żeby zobaczyć, gdzie dokładnie Twój mechanizm zabiera Ci życie.

Skąd to się bierze?

Rzadko z jednego powodu. Zwykle to kilka nitek splecionych razem.

Dom, w którym miłość była za coś. Jeśli dorastałeś w atmosferze, gdzie uwagę i akceptację dostawało się za oceny, osiągnięcia, bycie tym zdolnym albo tym grzecznym, nauczyłeś się, że wartość jest warunkowa. Że trzeba na nią zapracować, a potem zapracować jeszcze raz. Nikt Ci tego nie powiedział wprost. Wyczytałeś to z tego, kiedy rodzic się cieszył, a kiedy milkł. Alice Miller nazwała to dramatem udanego dziecka. Dziecko, które było „tym zdolnym”, pewnego dnia trafia do środowiska pełnego zdolnych ludzi i traci grunt pod nogami, bo cała jego tożsamość opierała się na byciu wyjątkowym.

Perfekcjonizm jako zbroja. Brené Brown pisze o tym bardzo trafnie. Perfekcjonizm to nie dążenie do doskonałości, tylko mechanizm obronny. Zakładamy zbroję i wierzymy, że jeśli zrobimy wszystko bez zarzutu, nikt nas nie skrytykuje, nie odrzuci, nie zawstydzi. Problem w tym, że w tej grze nie da się wygrać. Poprzeczka zawsze wędruje wyżej, a po sukcesie nie ma momentu celebracji, tylko od razu presja kolejnego wyzwania.

Bycie jedynym takim w pokoju. Pierwsza osoba w rodzinie ze studiami. Jedyna kobieta w zarządzie. Najmłodszy w zespole. Ktoś z innego miasta, innego środowiska, innej branży. Kiedy nie widzisz wokół nikogo, kto wygląda jak Ty, mózg podsuwa najprostsze wyjaśnienie: „Może mnie tu po prostu nie powinno być”.

Kultura, w której wyrośliśmy. W Polsce chwalenie się bywa źle widziane, a skromność uchodzi za cnotę. „Nie wychylaj się”. „Nie mów hop”. „Co ludzie powiedzą”. Wielu z nas przez dekady trenowało umniejszanie własnych osiągnięć, aż stało się to automatyczne, a potem szczere.

Co naprawdę pomaga?

Zanim przejdę do konkretów, jedno zastrzeżenie. Celem nie jest to, żebyś przestał kiedykolwiek wątpić. Zdrowa wątpliwość to sygnał, że coś jest dla Ciebie ważne i że masz pokorę wobec zadania. Chodzi o to, żeby wątpliwość przestała podejmować za Ciebie decyzje.

1. Nazwij to, także w ciele.

Kiedy następnym razem przyjdzie ta myśl, zamiast wejść w nią jak w prawdę, powiedz sobie: „O, to jest syndrom oszusta. Znam to”. Między „jestem oszustem” a „mam teraz myśl, że jestem oszustem” jest cała przestrzeń, w której możesz wybrać, co zrobisz dalej.

Zwróć też uwagę na ciało, bo ono zwykle wie pierwsze. Ścisk w gardle, kamień na klatce piersiowej, gorąco na twarzy, dziwny niepokój w brzuchu. Te sygnały pojawiają się chwilę przed lawiną myśli.

2. Wykreśl ze swojego słownika „udało mi się”.

To drobiazg językowy o zaskakującej sile. Osoby z syndromem oszusta mówią „udało mi się”, „miałem fart”, „jakoś poszło”, „wyszło”. Zauważ, że w każdym z tych zdań Ciebie właściwie nie ma. Coś się wydarzyło, a Ty byłeś obok.

Spróbuj mówić inaczej. „Zrobiłem to”. „Osiągnąłem to”. „To efekt mojej pracy”. Brzmi niezręcznie przez pierwsze dwa tygodnie, a potem zaczyna zmieniać sposób, w jaki widzisz własną sprawczość. Język nie jest tylko opisem rzeczywistości. Język ją buduje.

3. Zrób audyt myśli zamiast dyskusji z nią.

Kiedy pojawia się przekonanie „nie poradzę sobie, zaraz wyjdzie na jaw, że nic nie umiem”, nie próbuj się z nim kłócić w głowie. Przegrasz, bo w głowie ono ma przewagę.

Weź kartkę i podziel ją na dwie kolumny. W pierwszej wypisz konkretne fakty, które tę myśl potwierdzają. Nie wrażenia, tylko fakty. Czy naprawdę kiedykolwiek zawaliłeś projekt na całej linii? Czy ktoś powiedział Ci wprost, że brakuje Ci kompetencji? W drugiej kolumnie wypisz fakty, które ją podważają: ukończone projekty, konkretne pochwały, decyzje, które okazały się trafne.

Potem sformułuj zdanie, które jest prawdziwe wobec obu kolumn. Na przykład: „To zadanie jest dla mnie nowe i będzie wymagało wysiłku, a moje doświadczenie pokazuje, że uczę się w biegu i dowożę”. To nie afirmacja. To wniosek z danych.

4. Prowadź dziennik osiągnięć.

Twój umysł jest w tej sprawie stronniczym sędzią. Kasuje sukcesy natychmiast, a porażki archiwizuje na lata. Potrzebujesz zapisu, którego nie da się przerobić na wyjątek.

Załóż plik albo zeszyt i zapisuj konkrety. Co zrobiłeś, jaki był efekt, co dokładnie powiedział klient, przełożony, uczestnik. Wklejaj zrzuty ekranu z maili. Notuj też drobiazgi: trudny telefon, który wykonałeś, pytanie, które zadałeś na forum, granicę, którą postawiłeś. W kryzysie wracaj do tej listy nie po to, żeby poczuć się świetnie, tylko po to, żeby zobaczyć fakty zamiast narracji.

Przy okazji jedna zasada, która oszczędza mnóstwo cierpienia. Porównuj się wyłącznie ze sobą sprzed roku. Nie z ludźmi, których linii startu ani wewnętrznych zmagań nie znasz.

5. Naucz się przyjmować komplementy.

Zasada jest prosta. „Dziękuję” i kropka. Bez „to nic takiego”, bez „miałem szczęście”, bez natychmiastowego oddawania wszystkiego zespołowi.

To zaskakująco trudne ćwiczenie i zaskakująco skuteczne, bo każde umniejszenie jest kolejnym głosem w chórze, który powtarza Ci, że nie zasłużyłeś. Przestań do tego chóru dołączać.

6. Zrób coś na osiemdziesiąt procent.

To eksperyment dla perfekcjonistów i wymaga odwagi. Wybierz jedną mniej istotną rzecz i zrób ją wyraźnie poniżej swoich standardów. Wyślij maila bez trzeciego czytania. Oddaj materiał, który jest wystarczająco dobry zamiast idealny. Nie przygotowuj czwartej wersji prezentacji.

A potem obserwuj, co się stanie. Prawie zawsze dzieje się to samo: nic. Nikt nie zauważa, świat się nie wali, a Ty odzyskujesz kilka godzin życia. Ta wiedza w ciele jest warta więcej niż dziesięć artykułów o perfekcjonizmie.

7. Powiedz to komuś na głos.

Wstyd żywi się milczeniem. Siła syndromu oszusta bierze się z przekonania, że jesteś jedyną osobą w pokoju, która tak się czuje.

Wystarczy jedna szczera rozmowa z kimś, kogo szanujesz, żeby to przekonanie zaczęło się sypać. Bardzo prawdopodobne, że usłyszysz: „Ja też. Cały czas”. I to jest moment, w którym coś w środku puszcza.

8. Działaj, zanim poczujesz się gotowy.

Czekanie na pewność siebie przed działaniem to pułapka, bo pewność siebie nie bierze się z myślenia. Bierze się z doświadczenia, z tego, że zrobiłeś coś, czego się bałeś, i przeżyłeś.

Pomaga tu jedna zmiana perspektywy. Zamiast pytać „czy jestem wystarczająco dobry, żeby to zrobić”, zapytaj „po co to robię”. Jeśli wiesz, że wychodzisz z czymś do ludzi dlatego, że ważna jest dla Ciebie uczciwość albo dzielenie się tym, co umiesz, to krytyka przestaje być wyrokiem na Twoją wartość. Staje się kosztem robienia rzeczy, które mają dla Ciebie sens.

Kiedy techniki to za mało

Te sposoby działają. Nazywanie, kartka z dwiema kolumnami, dziennik, mówienie na głos, to nie są chwyty na pocieszenie, tylko narzędzia, które codziennie pomagają ludziom odzyskać grunt. Warto przy nich zostać.

Ale chcę być z Tobą szczera. Czasem syndrom oszusta to nie kwestia jednego trudnego projektu ani nowej roli, w którą trzeba wejść. Czasem to objaw czegoś, co siedzi znacznie głębiej. Starego przekonania o własnej wartości, które powstało dawno temu, w sytuacji, na którą nie miałeś wpływu.

Wtedy techniki nadal pomagają, tylko nie sięgają do źródła. Bo problemem nie jest to, że nie umiesz docenić swoich osiągnięć. Problemem jest umowa, którą podpisałeś jako dziecko: jestem wart tyle, ile udowodnię.

Dopóki ta umowa obowiązuje, żadne osiągnięcie nie wystarczy. Nigdy. I to jest dokładnie ten mechanizm, który sabotuje każdy sukces. Nie brak dowodów, tylko warunek, przy którym dowody nie mają szans zadziałać.

To nie jest powód do wstydu, tylko informacja. I dobra wiadomość, bo takie umowy da się renegocjować. Rzadko udaje się to samemu, we własnej głowie. Zwykle potrzebna jest druga osoba i bezpieczna przestrzeń, w której można zobaczyć to, czego z wnętrza własnych myśli zobaczyć się nie da.

Daj sobie prawo do bycia dobrym w tym, co robisz

Jeśli miałbyś zapamiętać z tego tekstu jedną rzecz, niech będzie to ta.

To, że czujesz się oszustem, nie jest dowodem na to, że nim jesteś.

Uczucie to nie fakt. A akurat to uczucie najczęściej pojawia się u ludzi kompetentnych, sumiennych i zaangażowanych. Prawdziwi oszuści zwykle śpią spokojnie.

Będą dni, kiedy znów będziesz mieć ochotę schować się i przeczekać. To też jest w porządku. Zacznij od małego kroku. Od jednego „dziękuję” bez umniejszania. Od jednego zapisanego sukcesu. Od jednego zdania powiedzianego na głos komuś, komu ufasz: „Wiesz, ja często czuję, że nie zasługuję na to, co mam”.

Reszta przyjdzie. Krok po kroku.

Jeśli czujesz, że syndrom oszusta to u Ciebie coś więcej niż przejściowa niepewność w nowej roli, że wraca przy każdym sukcesie, mimo że robisz wszystko jak należy, być może to dobry moment, żeby przyjrzeć się temu głębiej, bez presji i bez oceny.

Pracuję z ludźmi dokładnie w takich momentach. Jeśli czujesz, że to o Tobie, zapraszam Cię z całego serca na sesję. Umów się i razem przyjrzymy się temu, skąd bierze się ten głos i co tak naprawdę mówi. Czasem jedna szczera rozmowa wystarcza, żeby przestać czekać na zdemaskowanie.

Może kolejny?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *