Piszę o tym, bo ostatnio kilka razy z rzędu usłyszałam to samo zdanie: „Wiem, że powinienem postawić granicę, ale boję się, co będzie potem”.
Za każdym razem chodziło o coś innego. O szefa, który pisze w piątek o dwudziestej drugiej i czeka na odpowiedź. O mamę, która dzwoni trzeci raz w tygodniu z prośbą, która wcale nie jest prośbą. O klienta, który od pół roku płaci po terminie i dokłada zadania spoza umowy.
Sytuacje różne, a mechanizm ten sam. Wiesz, czego chcesz. Wiesz nawet, co chciałbyś powiedzieć. A w decydującym momencie mówisz „dobrze, zrobię” i przez resztę dnia masz do siebie żal.
Jeśli znasz to z własnego życia, chcę Ci powiedzieć jedno na początku: nie jesteś w tym sam. To, że boisz się straty, nie jest oznaką słabości. To znak, że masz coś, na czym Ci zależy.
Granica mówi o Tobie, a nie o drugiej osobie
Z moich obserwacji wynika, że spora część kłopotu bierze się z tego, jak rozumiemy samo słowo „granica”. Wielu osobom kojarzy się ono z murem albo z ultimatum. Z czymś, co się komuś stawia i co kończy rozmowę.
A granica jest informacją o tym, gdzie kończysz się Ty, a zaczyna ktoś inny. Nie służy do odcinania ludzi, tylko do tego, żeby wiedzieli, na czym stoją, i żebyś Ty przestał zaciskać zęby przed każdą rozmową.
Jest jednak jedna różnica, która decyduje o tym, czy rozmowa skończy się awanturą. Żądanie dotyczy drugiej osoby: „masz przestać do mnie pisać po dwudziestej drugiej”. Granica dotyczy Ciebie: „nie odpisuję po dwudziestej drugiej, wracam do tego rano”. Pierwsze zdanie próbuje sterować cudzym zachowaniem i zaprasza do sporu. Drugie mówi o Twojej decyzji, a tej nikt nie musi zatwierdzać.
Czego dokładnie się boisz
„Boję się, że stracę” to zdanie ogólne i dopóki takie zostaje, paraliżuje.
Kiedy rozkładamy je na części, prawie zawsze pod spodem jest coś konkretnego. Że stracisz pracę. Że przyjaciółka się obrazi i zniknie. Że przestaniesz być osobą, na którą zawsze można liczyć. Że ktoś powie o Tobie „egoista”.
Widzę, że najtrudniejsza obawa dotyczy zwykle nie drugiego człowieka, tylko tego, kim staniesz się we własnych oczach, kiedy pierwszy raz powiesz „nie”.
Przyjrzyj się temu przez chwilę i dokończ zdanie: „jeśli postawię tę granicę, stracę…”. Lęk, który ma nazwę, przestaje być mgłą i staje się ryzykiem, a ryzyko można oszacować.
Dlaczego łatwiej jest ustąpić
Daniel Kahneman i Amos Tversky, psycholodzy badający ludzkie decyzje, opisali zjawisko nazywane “awersją do straty”. Mówiąc prosto: strata boli nas mniej więcej dwa razy mocniej, niż cieszy zysk tej samej wielkości. Umysł nie liczy obu stron po równo, bo jest ustawiony na chronienie tego, co już mamy.
Zobacz, jak to wygląda w Twojej sytuacji. Po jednej stronie masz stratę wyraźną i natychmiastową: niezadowoloną minę, chłodną odpowiedź, ryzyko konfliktu. Po drugiej zysk rozmyty i odległy: więcej spokoju i mniej żalu za pół roku. Przy takim rachunku ustąpienie zawsze wygląda bezpieczniej.
Ten rachunek pomija jednak stratę, którą już ponosisz. Brak granicy też jest wyborem i też ma swoją cenę. Zgadzasz się i czujesz ulgę, bo napięcie znika. Druga strona uczy się przy okazji, że Ty zawsze ustąpisz. A w Tobie narasta lista rzeczy zrobionych wbrew sobie, których nikt nie zauważył, bo nikt nie miał jak zauważyć. I tak rodzi się frutracja.
Kończy się to wybuchem przy czymś drobnym albo cichym wycofaniem z relacji. W obu wersjach tracisz dokładnie to, co chciałeś ocalić, tylko później.
Skąd bierze się ten lęk
Rzadko z jednego powodu. Częściej z kilku połączonych razem.
Jeśli w Twoim domu odmowa spotykała się z ciszą, obrazą albo zdaniem „po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam”, nauczyłeś się, że jak mówisz „nie”, tracisz bliskość, bezpieczeństwo.
Bywa też tak, że dostałeś w rodzinie rolę tego, kto pilnuje nastrojów. Wyczuwałeś napięcie, łagodziłeś, dbałeś, żeby wszyscy byli zadowoleni, i dostawałeś za to uznanie. Dorosły z taką historią bardzo dobrze czyta cudze potrzeby i ma poważny kłopot z odczytaniem własnych.
Czasem powód jest prostszy. Postawiłeś kiedyś granicę i rzeczywiście kogoś straciłeś. Twój lęk ma wtedy solidną podstawę i nie ma sensu z nim dyskutować. Przyjrzyj się tylko, czy dziś jesteś w tej samej sytuacji, z tymi samymi ludźmi i z tymi samymi możliwościami co wtedy.
Co z tym zrobić
Celem nie jest to, żebyś przestał się bać. Chodzi o to, żeby ten lęk przestał podejmować za Ciebie decyzje.
Zacznij od obserwacji, nie od rozmowy. Przez tydzień zapisuj sytuacje, w których zgodziłeś się na coś wbrew sobie: kto, czego dotyczyła prośba, jak zareagowało ciało.
Policz koszt obu wyborów. Odpowiedz sobie nie tylko na pytanie, co stracisz, jeśli postawisz tę granicę, ale też co stracisz, jeśli za rok będziesz dokładnie w tym samym miejscu, tylko bardziej zmęczony.
Trenuj tam, gdzie mało ryzykujesz. Nie zaczynaj od szefa ani od mamy. Odmów zaproszenia, na które nie masz ochoty, albo poproś o wymianę zimnego dania w restauracji. Chodzi o to, żebyś zebrał dowody, że po „nie” świat się nie kończy.
Kup sobie czas. Duża część zgód wbrew sobie zapada w pierwszych sekundach, odruchowo. Naucz się jednego zdania: „Muszę to sprawdzić, odezwę się jutro”. Ono nie jest odmową, więc łatwo je wypowiedzieć.
Mów o sobie i nie tłumacz się za długo. Dobre zdanie ma trzy części: fakt, Twoją decyzję i to, co zostaje. „Dostaję zlecenia w piątek wieczorem. Od teraz odpisuję tylko do osiemnastej, weekendy mam wolne. Jeśli coś jest pilne, ustalmy na to inną drogę”. Im dłużej tłumaczysz, tym więcej miejsc do negocjacji dajesz drugiej stronie.
I jeszcze jedno, bo to moment, w którym najwięcej osób się wycofuje. Kiedy zmieniasz zasady, druga strona zwykle najpierw naciska mocniej. Więcej telefonów, więcej wyrzutów, chłodniejszy ton. Wygląda to jak dowód, że zrobiłeś źle, a jest raczej znakiem, że granica została zauważona. Ten czas trwa krótko, zwykle dwa, trzy tygodnie, i da się go przeczekać.
A jeśli faktycznie stracę
Chcę być z Tobą szczera, bo obiecywanie, że zawsze skończy się dobrze, byłoby nieuczciwe.
Czasem tracisz. Relacja, która trzymała się wyłącznie na Twoim ustępowaniu, może się rozpaść, kiedy przestaniesz ustępować. Zdarza się, że współpraca się kończy. Kończy się wtedy układ, w którym byłeś potrzebny pod warunkiem, że nie masz własnych potrzeb.
Z moich obserwacji wynika jednak, że relacje częściej się zmieniają, niż znikają. Przez jakiś czas jest chłodniej i mniej wygodnie, a potem robi się w nich więcej prawdy, bo druga osoba ma wreszcie kontakt z Tobą, a nie z Twoją rolą.
Bywa i tak, że znasz wszystkie te sposoby, rozumiesz je i potrafisz wytłumaczyć komuś innemu, a w chwili próby i tak nie jesteś w stanie powiedzieć jednego zdania. Wtedy problemem nie jest brak umiejętności, tylko stare przekonanie, że wolno Ci tu być tylko wtedy, kiedy jesteś użyteczny. Dopóki ono obowiązuje, każda granica będzie odbierana jak zagrożenie i żadna technika tego nie przeskoczy. To nie jest powód do wstydu, tylko informacja. I dobra wiadomość, bo takie przekonania da się przepracować, choć rzadko udaje się to samemu, we własnej głowie.
Daj sobie prawo do zajmowania miejsca
Może się ze mną zgodzisz albo nie, ale z moich doświadczeń wynika, że granica nie oddala nas od ludzi. Ona mówi im, gdzie dokładnie jesteśmy. Bez niej dostają naszą uprzejmość, naszą dyspozycyjność i nasze zmęczenie. Z nią dostają nas.
Nie musisz zaczynać od najtrudniejszej rozmowy w swoim życiu. Zacznij od jednej rzeczy w tym tygodniu: od jednego „odezwę się jutro”, od jednej odmowy tam, gdzie niewiele ryzykujesz, od jednego zdania zapisanego na kartce, zanim powiesz je na głos.
Reszta przyjdzie. Krok po kroku.


