Jak zbudować swoją pewność siebie?

Przez wiele lat byłam tą kobietą.
Jedną z bardzo wielu kobiet, które nie potrafią stawiać granic.

Jestem coachką i terapeutką w Centrum Terapii Supporters, mentorką w Nowej Ja, mamą i biegaczką.
Kończę certyfikację w Szkole Change Value Process.
Ale zanim zaczęłam pomagać innym kobietom stawiać granice, sama musiałam się tego nauczyć – i nie z książki.

Grzeczna dziewczynka

Przez długi czas granice miały dla mnie książkową definicję.
W końcu zrobiłam sobie własną: zaczynam słyszeć siebie, a przestaję naginać się dla wszystkich dookoła.
Ale żeby to poczuć, musiałam najpierw zobaczyć, jak było wcześniej.

Nauczono mnie być grzeczną dziewczynką.
Dziewczynką, która musi się uśmiechać, być zawsze zadowolona, przytakiwać, zgadzać się, ustępować, pomagać innym, pytać, czy jeszcze komuś w czymś może pomóc – żeby się przypodobać, przymilić.
Uwierzyłam w to.
I wprowadziłam to potem w swoje dorosłe życie.

Dla młodej dziewczyny, uczennicy, potem osoby zaczynającej pracę, to była całkiem niezła strategia.
Zauważyłam, że jeśli jestem przymilająca się, zgadzająca się, ludzie mówią: dobrze, chcemy takich osób.
Tylko okazało się, że są koszty.
A te koszty kto ponosił?
Ja.

Koszty niestawiania granic

Zwykle zaczyna się od ciała.
To ono mówi pierwsze.
To jest ten pierwszy sygnał, którego my, kobiety, nauczyłyśmy się nie zauważać.
Jakiś dyskomfort, ucisk, napięcie – a ty i tak mówisz: dobrze, okej.
Ktoś pyta, czy pomożesz – no jasne, że pomogę.
I w tym momencie gubisz się, bo już nie wiesz, co jest prawdą.

Cały ten ucisk to tak naprawdę frustracja i złość, którą kumulujesz w sobie.
A potem ten wyrzut pojawia się w sytuacjach, kiedy zupełnie się go nie spodziewasz.
Zazwyczaj w relacjach – partner mówi coś zupełnie niewinnego, na przykład, że pójdziecie dzisiaj do innej restauracji, a nie do twojej ulubionej, a ty wybuchasz.
Bo ty mnie nie słuchasz, bo ty nie wiesz.
To nie jest o restauracji.
To jest konsekwencja wielu wcześniejszych sytuacji, kiedy nie postawiłaś granicy.

Miałam klientkę, która została w pracy, bo była kluczowym członkiem zespołu – a przynajmniej tak jej powiedziano, i w to uwierzyła.
Wróciła do domu i zobaczyła sytuację, powiedzmy, idealną: dzieci bawią się na podłodze, najedzone, mąż zrelaksowany przed telewizorem.
Nic, tylko dosiąść się i powiedzieć: ja też jestem padnięta.
A jaka była jej reakcja?
Co tu nieposprzątane, dzieci niezaopiekowane, a ty przed telewizorem.
Granica, której nie postawiła szefowi, wylała się na najbliższych.

Kiedy razem to potem analizowałyśmy, powiedziała, że dobrze, że to się wydarzyło.
Przeprosiła dzieci, usiadła z mężem, wyjaśniła, co się stało.
Ale mogła też pójść w drugą stronę – wejść w ten sam schemat następnego dnia, bo przecież beze mnie firma się nie obejdzie, i znowu wrócić do domu z tą samą frustracją.
Różnica między jednym a drugim to właśnie ten moment zatrzymania się i zobaczenia, co się dzieje.

Autentyczność i renegocjacja umowy

Jest jeszcze jeden koszt, o którym rzadziej się mówi: przestajesz być autentyczna.
Jeśli zgadzasz się na wszystko, skąd ktoś ma wiedzieć, jaka naprawdę jesteś?
Ty sama nie wiesz, jaka jesteś.
Miałam relację przyjacielską, w której byłam na każde zawołanie z pomocą.
Podwieźć, przywieźć, zaopiekować się, wysłuchać.
Ale ta druga strona nigdy nie miała czasu, kiedy to ja czegoś potrzebowałam.
W pewnym momencie zapytałam samą siebie: czy ona chce poznać prawdziwą mnie, czy tylko tę pomocną, zawsze dostępną wersję?
Odpowiedź brzmiała: nie.
I pozwoliłam sobie na to, żeby ta relacja się rozmyła.

To jest w ogóle ciekawy moment w tej drodze – kiedy zaczynasz stawiać granice, robisz naturalny przesiew wśród ludzi wokół siebie.
Niektórzy, którzy wydawali się tobie przychylni, okazują się przychylni tylko wtedy, kiedy ty jesteś przychylna im.
To boli.
Ale to też jest informacja.

Nie zawsze to się kończy stratą.
Miałam klientkę, u której stało się coś odwrotnego – kiedy zaczęła mówić o swoich potrzebach, jej mąż to przyjął, i weszli razem w coś, co nazywam renegocjacją umowy.
Bo w każdej relacji jest jakaś niepisana umowa, ustalona dawno temu, czasem zanim jeszcze umiałyśmy nazwać, na co się zgadzamy.
Czasem trzeba usiąść i powiedzieć: słuchaj, czy jesteś gotowy, żebyśmy tę umowę trochę zmodyfikowali?
Warunek jest jeden – musi być na to obopólna zgoda.
Znam też historię kobiety, u której poszło inaczej – jej były mąż miał do niej pretensje jeszcze przed sądem, że nie na to się umawiali, kiedy po latach zaczęła budować karierę.
Reakcja otoczenia bywa różna.
Ale to wciąż nie jest powód, żeby nie renegocjować.

Egoizm, pewność siebie i poczucie winy

Kiedy sama zaczęłam stawiać granice, miałam ten zgrzyt: co pomyślą, że ta Justyna to jakaś egoistyczna się zrobiła.
Więc zrobiłam sobie jeszcze jedną definicję.
Egoizm dla mnie to totalne ignorowanie innych, jakby ich nie było.
Dbanie o siebie to coś zupełnie innego: dbam o siebie, żeby ulepszyć inne relacje, te wokół mnie.

I tu jest coś, co dla mnie samej było odkrywcze: po przestawieniu granic stałam się bardziej pewną siebie osobą.
Odwrotnie, niż wiele osób myśli.
Większość myśli: muszę się najpierw wzmocnić, zyskać pewność siebie, żeby zacząć stawiać granice.
A może być dokładnie odwrotnie – zaczynasz stawiać granice i to dodaje ci pewności siebie.
Gdyby ktoś mi to kiedyś powiedział i zagwarantował, zrobiłabym to szybciej.

Oczywiście pojawia się przy tym poczucie winy.
To pierwsze twoje “nie” może być naprawdę trudne.
Pomaga wtedy jedno pytanie: dlaczego mam prawo sobie na to pozwolić?
Kiedy znasz odpowiedź, to nie jest już nagłe buntowanie się – to jest decyzja, którą potrafisz uzasadnić, także przed samą sobą.
Nie mamy wpływu na to, jak zareagują inni.
Możemy zająć się tylko sobą.

Zamknięcie

Wiem, że można to wszystko przeczytać, wysłuchać, zgodzić się z każdym słowem – i dalej tego nie robić.
Sama tak miałam.
Jestem też biegaczką i widzę to samo w bieganiu – każda z nas ma inne predyspozycje, inny czas na trening, inne tempo.
To, co zadziałało u kogoś w tydzień, u ciebie może potrzebować dwóch tygodni, i to jest w porządku.
Dlatego zamiast kopiować czyjąś drogę, zrób sobie swój remanent – dokładnie tak, jak robisz przegląd samochodu.
Zobacz, co masz, jakich zasobów ci brakuje, co możesz wzmocnić.

A propos tej drogi – może w końcu zrzuć ten plecak z ciężkimi kamieniami, które nie są twoje.
Ktoś kiedyś mi je nawkładał.
Teraz pozwalam sobie je wyrzucać i dokładać piękne, kolorowe kulki, które są lekkie.
I to właśnie te chcę zabrać ze sobą.

Może kolejny?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *